W Dzikość Gruzji

Pamiętam, o Gruzji w kontekście polskiej turystyki zrobiło się głośno przeszło dekadę temu, kiedy podrożały koszty wakacji w Chorwacji. Właśnie przez ten medialny szum unikałam tego kierunku i z przekory odwlekałam moment osobistego sprawdzenia ile prawdy jest w opowieściach o gruzińskiej gościnności oraz tamtejszych trunkach. Zawsze ciągnęło mnie bardziej do tak zwanych krajów południowych niż do krajów wschodu, nie znałam tez żadnych dokładniejszych publikacji na temat Gruzji, ani tych spisanych przez ludzi drogi, ani tych publikowanych przez ludzi mediów. Aż pewnego razu, Gruzja upomniała się o mnie: wpatrując się w pracy w mapę Europy stwierdziłam, że jest ona wystarczająco daleko by się do niej wybrać.



Po rocznych podchodach nadszedł czas na empirię. Nastawiając się na chillout, zaskoczenie i przygodę wybrałam Gruzję (albo ona wybrała mnie) ... kraj jest niewielki, więc lepiej od razu pójść na całość: od zachodu do wschodu i od północy na południe.



Wydawać by się mogło, że wpasowujący się pomiędzy wyprawy na Kubę i do Maroka trip do Gruzji wypadnie przy nich blado. Nic bardziej mylnego ... nie tylko nie blado, ale wręcz jaskrawo, w najbardziej soczystych i głębokich odcieniach kojącej zieleni.




Gruzja ani nie powala ogromną egzotyką ani uderzającym podobieństwem do Polski. Ze względu na swe położenie i sąsiedztwo, zarówno starożytne Iberia i Kolchida, jak i współczesna Gruzja maja bardzo burzliwą i zarazem bardzo ciekawą historię.
Jednak aby opowiedzieć o Gruzji wcale nie potrzeba dużej ilości słów, skomplikowanych opisów, ani długich historii.
Lepiej je zastąpić obrazami, gdyż aby być w Gruzji tak na 100% trzeba być naprawdę "tu i teraz": dać przeniknąć się i stopić z surowym, ciągle jeszcze naturalnym krajobrazem oraz oddać się biesiadowaniu w pełnym tego słowa znaczeniu, którego już nie praktykuje się w krajach Cywilizacji Zachodu, czyli przy uginającym się od naturalnych pokarmów i domowego wina drewnianym stole, przy którym równie ważni, jak to co na stole, są ci, którzy są z nami przy stole.
W Gruzji dużo jest prostoty i dzikości, a dążących do nowoczesności miejskich ośrodków na szczęście mało. Prostota jest zwykle dobra i piękna, wiec i prości mieszkańcy Gruzji są przeważnie dobrzy. Oprócz wszech otaczającej zieleni, wszędzie łatwo spotkać naturalne materiały glinę, drewno, kamień.



Gruzja słynie głównie z gór i win, i właściwie tyle wystarczy tam do szczęścia, do wytchnienia, do naładowania akumulatorów, noo prawie tyle. Brakującym ogniwem jest „znaleźć wrażliwych ludzi, którzy czują to co my” i dzielić z nimi wszystkie te gruzińskie radości i zachwyty. Nie chcąc się chwalić mnie to szczęście spotkało już na lotnisku ... A co wspólnie przeżyliśmy na gruzińskich szlakach?

Po przylocie, mimo bardzo wczesnej pory, Kutaisi przywitało nas ciepłym powietrzem a lider butelką czaczy, gruzińskiej wódki, pędzonej w prawie każdym domu. Do naszego pierwszego celu podróży było kilka godzin jazdy busem poprzez górskie szlaki atakujące nas pierwszymi baśniowymi widokami.Mniej więcej w połowie podróży zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe, aby na jego tarasie z widokiem na góry, zjeść pierwsze wspólne śniadanie. Oczywiście składało się ono ze świeżych, jeszcze gorących placków chaczapuri, wszechobecnych w Gruzji jak góry.

Około południa przyjechaliśmy do malowniczo położonej Mestii. Jest to kamienne miasteczko, w wielu miejscach wyglądające jak skansen, którego życie koncentruje się wokół jednej głównej ulicy. Natomiast cele podróżnych, więc również i nasze wznoszą się ponad miastem. Dlatego po szybkim rozlokowaniu w pokojach i wymianie pieniędzy, udaliśmy się na pobliską, choć jednocześnie dość odległą z powodu swojej wysokości górę. Nieco intensywny spacer umilały nam idylliczne widoki: zielone stoki, drewniane płotki, pasące się zwierzęta, gdzieniegdzie rozbity namiot lub pracujący rolnicy, wszędzie jak okiem sięgnąć góry. Jedynym czego brakowało w tych widokówkowych pejzażach były fioletowe krowy z reklamy czekolady „Milka”;-)



Po zejściu ze szczytu cuciliśmy się zasłużonym zimnym piwem, a po odświeżeniu udaliśmy się na wspólną kolację do restauracji – i takie jak ta, mające w menu zdjęcia potraw najlepiej wybierać, gdy nie chce się kupować gruzińskiego jedzenia w ciemno. Na deser przenieśliśmy się na klimatyczny ganek naszego guest house i dokonaliśmy pierwszej poważnej degustacji lokalnych win, nie obyło się też bez pierwszych tańców.

Drugiego dnia, za sprawą podróży do uważanej za najwyżej położoną osadę Europy (220 m n.p.m.) Uszguli, czekały na nas jeszcze bardziej majestatyczne widoki. Zanim tam dotarliśmy zatrzymaliśmy się w bardzo romantycznym miejscu: „Tower of Love”, które pewien Gruzin wybierając na lokalizację swojej wieży zdobył serce ukochanej.



Również niesamowity klimat Uszguli uroczej, anachronicznej wioski, tworzyły wąskie kamienne wieże, a takze niskie, nieremontowane od dziesięcioleci domki. Czułam się trochę jakbym przeniosła się w świat Burtonowskich filmów.




Pozostawiając wioskę za sobą, przez parę godzin spacerowaliśmy w stronę najwyższego szczytu Gruzji, Szchary (5068 m n.p.m.). Zieleń przyrody była jeszcze bardziej świeża, intensywniejsza i przestronniejsza niż w Mestii. Majestatyczne wzgórza napawały spokojem, a jednocześnie zadumą nad poczuciem małości i marności człowieka w porównaniu do wielkości i piękna, jeszcze nie zdewastowanej działalnością człowieka przyrody. Taka trochę hipnotyzująca sceneria do europejskiej wersji „Into the Wild”, więc nic dziwnego, że gdzieś w głębi ducha odbijał się słowa jak te: „Wolę siodło niż tramwaj, niebo usiane gwiazdami niż dach nad głową, trudny szlak, prowadzący w nieznane niż wyasfaltowaną szosę i głęboki spokój dzikich ostępów niż rozgoryczenie, jakie wywołuje miasto.” Ten trekking mógłby trwać bez końca.





Uszguli pożegnało nas deszczem, który towarzyszył nam już do końca dnia, mimo to odjeżdżaliśmy w doskonałym nastroju. Za Uszguli zatrzymaliśmy się w miejscu, które najbardziej obrazowo przedstawiają słowa rozpoczynające stare baśni: „Za górami, za lasami, za rzekami stała stara chatka a w niej mieszkała babuleńka ...” Nasza gruzińska babuleńka mieszkała w chatce z dziaduleńkiem i razem prowadzili w niej monopolowy ... wszystko eko i hand made ;-) w dobrej cenie, grzechem byłoby nie zakupić takiego środka na podróżniczą integrację.




Zmierzając w strugach deszczu w stronę nadmorskiego Batumi zatrzymaliśmy się jeszcze przy jednej atrakcji, zaporze na rzece Inguri, położonej na północ od miasta Jvari, drugiej pod względem wysokości na świecie (272 m wysokości).



Do najsłynniejszego gruzińskiego kurortu, a właściwie na szczęście jedynego, przyjechaliśmy tuż przed północą. Jednak również następnego dnia Słońce nas nie rozpieszczało, więc zwiedzanie Batumi rozpoczęliśmy od wizyt w dwóch oddalonych od centrum miasta lokalnych atrakcji turystycznych: położonym na urwistym brzegu morza ogrodu botanicznego oraz rzymskiej fortecy Gonio.



W Batumi nawet gdy brak Słońca wypada chwilę posiedzieć na plaży. Trafiliśmy na prawie sztormową aurę, więc jedyna okazja kąpieli w Morzu Czarnym przeszła nam koło nosa. W ramach rekompensaty Neptun zafundował nam pokaz bałwanów morskich i koncert ich niezwykłego, nienaturalnie głośnego szumu.



Samo miasto robiło jeszcze mniejsze i mniej pozytywne wrażenie niż plaża, coś jakby takie gruzińskie Międzyzdroje lub Mielno. Starsze stylowe budynki przysłonięte zostały współczesnym, komunistycznym kiczem. W poszukiwaniu klimatycznego lokalu oddaliliśmy się nieco od centrum i wtedy udało się taki znaleźć. W BQ Wine Bar z menu wybraliśmy degustację sześciu rodzajów gruzińskich win i trzeba przyznać, że to był dobry wybór i miło spędzony czas, którego kontynuacją była nocna impreza na plaży.Ciekawą przygodę mieliśmy podczas powrotu z plaży, po drodze zatrzymaliśmy się, gdyż część osób chciała jeszcze zjeść kebaba, czekając na nich przed oszklonym lokalem, nagle widzimy jak częstują personel baru winem, które zostało nam w pięciolitrowym baniaku.




Następnego ranka (modyfikując trochę program ramowy) pojechaliśmy do Kanionu Okatse, który u osób mających lęk wysokości mógł wywołać siódme poty, gdyż spacer tym razem nie odbywał się ścieżką, lecz kładką umocowaną prawie u jego wierzchołków. Dla urozmaicenia i kontrastu od maksymalnie wysokich doznań udaliśmy się do miejsca położonego ekstremalnie nisko, czyli na zwiedzanie Jaskini Prometeusza. Miejsce to zrobiło na mnie duże wrażenie, przede wszystkim swym ogromem, podziemny spacer przestrzennymi komnatami wynosił prawie 1,5 km oraz bardzo przyjemnym, orzeźwiającym powietrzem.



Niedługo później dojechaliśmy do pobliskiego Kutaisi, które wielkością ustępuje jedynie stolicy. Oczywiście również i tu, jak w Batumi, nie mogło zabraknąć architektonicznego kiczu, na przykład w postaci pomalowanych na złoto dziwacznych fontann. Możliwe, że właśnie dlatego Kutaisi znacznie lepiej prezentowało się po zmierzchu, podczas wieczornego spaceru, kiedy było tylko gdzieniegdzie nastrojowo podświetlone a ze skwerów i lokali rozbrzmiewała wcale nie kiczowata muzyka.
Podobnie jak w Mestii, również w Kutaisi przyszło nam nocować w klimatycznej lokalizacji. Tym razem nie był to drewniany gust house a położona w mieście, choć na wzgórzu nieduża różowa willa z uroczymi babcino-bajkowymi pokoikami. Rano zjedliśmy tym razem samodzielnie przyrządzone śniadanie, po czym udaliśmy się na lokalny bazar. Takich targowisk w Polsce nie pamiętam nawet z wczesnego dzieciństwa ... Tematyczne rzędy straganów, na jednych wory z przyprawami i herbatą na wagę, na innych stosy własnoręcznie wykonanych serów, gdzie indziej kopce mąki, a przekupki nie sprzedają klientom, lecz bałamucą przechodniów, zwłaszcza oszołomionych turystów, takich jak my.



Po doznaniach zmysłowych pojechaliśmy doświadczyć tych bardziej duchowych, najpierw do położonego powyżej Kutaisi monastyru Bagrati, a następnie prosto do kolejnego klasztoru, monastyru Katskhi ze skalną kolumną, na której wybudowana została cela dla odważnego mnicha decydującego się na życie w całkowitym odosobnieniu.



Następna atrakcja tego dnia była natomiast ekstramalna nie dla gospodarzy, lecz dla zwiedzających. Kolejka linowa stanowiąca transport publiczny w mieście Chiatura wygląda mało solidnie, raczej jak niezdatny do użytku zabytek. Jednak jej małe czteroosobowe wagoniki nie tylko przenoszą w czasie ale również unoszą w przestrzeni, a na odważnych na punkcie widokowym czeka całkiem fajna panorama miasta.



Dzień się jeszcze nie skończył, a my znów przenieśliśmy się na chwilę do zupełnie innej czasoprzestrzeni, z komunistycznej do niemalże antycznej, a to za sprawą wizyty w Uplisciche, skalnym mieście, którego powstanie datuje się od V w. p.n.e. do późnego średniowiecza.



Historyczne opowieści oraz oświetlające pozostałości skalnego miasta Słońce sprawiły, że nie chcieliśmy stamtąd odjeżdżać, a powrót do komunistycznej rzeczywistości wcale nie był kuszący. Jednak Być w Gruzji i nie zobaczyć domu, w którym urodził się Stalin? Nic z tego! Nas nie może nic ominąć, więc zaliczyliśmy jeszcze krótką wizytę w mieście Gori.



Po tylu atrakcjach podczas wieczornej kolacji w Tibilisi, wydawało mi się, że dzień nie zaczął się rano, lecz dwa dni temu i po raz pierwszy zjadłam gruzińskie pierożki chinkali. Wieczorny spacer po stolicy, zakończyliśmy na położonym na starówce placyku, krzepiąc się kolejnymi karafkami wina. O ile wjeżdżając do stolicy zostaliśmy powitani sterczącymi wszędzie, często niedokończonymi dziwnymi i brzydkimi betonowymi budynkami, o tyle centrum miasta, na które w większości składała się niziutka stara zabudowa skradło moje serce.



Następnego dnia śniadanie odbyło się dość wcześnie ze względu na wyjazd na rafting. W zachwyt wprawiła nas już sama podróż wijącą się górską ścieżką, poniżej, której góry okalała, jak zwykle szmaragdowa, rzeka. Ta, którą po przebraniu za kosmitów, mieliśmy płynąć, była mniejsza i mniej barwna, ale dostarczyła nam mnóstwo zabawy. Pontony były dwa, można powiedzieć, że konkurencyjne – rywalizowaliśmy nie tylko który pierwszy dopłynie do celu, również który zostanie bardziej ochlapany, czy kto przechwyci więcej zakładników z drugiego pontonu. Do stolicy powróciliśmy w doskonałych humorach.



Na obiad udaliśmy się do prawdopodobnie najbardziej klimatycznego lokalu w Tibilisi, którego nazwy nie podam, gdyż widniała wyłącznie w języku gruzińskim. Schodząc do przestronnej piwnicy z łukowymi sklepieniami, nie sposób było się poczuć jakby znowu ktoś nas cofnął w czasie, a to za sprawą zarówno wystroju i wyposażenia sali, jak i iście PRLowskiej obsługi z liczydłem zamiast nowoczesnych sprzętów.
Reszta popołudnia aż do zmierzchu zeszła nam (dosłownie) na odkrywaniu zaułków i zakamarków Tibilisi. Urocze niziutkie domki po oddaleniu się od centrum zamieniały się w urokliwe, czasem wciąż zamieszkałe rudery. Po zmroku wjechaliśmy kolejką linową na wzgórze z punktem widokowym i statuą „Matki Gruzji”. Trzeba przyznać, że Pani Matka widok na panoramę miasta ma zachwycający. Ze wzgórza zeszliśmy bardzo nastrojowo podświetloną ścieżką i udaliśmy się w jeszcze bardziej klimatyczne miejsce, coś jakby mały kanion w centrum miasta, tuż obok starówki. W głębi niego, na skalnej ścianie, przy akompaniamencie muzyki wyświetlane były stare zdjęcia gruzińskiej stolicy, a na samym końcu znajdował się niemały wodospad.



Pozostając pod wrażeniem tego miejsca udaliśmy się do kolejnej totalnie gruzińskiej, również piwnicznej knajpki, z muzyką gruzińską na żywo. Śniadanie już prawie tradycyjnie „z widokiem”, tym razem na budzącą się stolicę.
Po kilku miejskich noclegach, czas najwyższy powrócić na górskie ścieżki, do Kazbegi (Stepancminda) przyjechaliśmy przepiękną "gruzińską drogą wojenną" z zapierającymi dech w piersiach widokami. Zostawiliśmy tylko bagaże w bardzo swojskim i otoczonym górami Nazi Guest House i wyruszyliśmy w stronę, chyba najsłynniejszego, „pocztówkowego” widoku, do Cminda Sameba. Po obfotografowaniu z każdej strony się i kościółka, zapadły ważne decyzje. Jeden z kolegów stwierdził, że jest to tak piękne miejsce, iż właśnie tu chce się oświadczyć swojej dziewczynie, która razem z nimi i solistami przyleciała do Gruzji. Oczywiście pomysł ten czym prędzej wcielił w życie i przy kolacji cała ekipa miała co świętować. Innym pomysłem była intencja by jak najdalej ten czarowny trekking kontynuować i tak znaleźliśmy się na przepięknej łące pod Kazbekiem, położonej na wysokości 2900 m n.p.m. Prawdopodobnie dla wszystkich był to jeden z takich momentów, kiedy chce się powiedzieć: „Chwilo trwaj!”. Nawet sam Jego Wysokość Kazbek wyłonił się spośród chmur, których było na niebie tego dnia sporo, i ukazał cały swój majestat. Podczas kolacji, przygotowanej przez naszych gospodarzy, wszystkim dopisywały apetyty.




Rankiem udaliśmy się jeszcze do ukrytego pomiędzy górami wodospadu. Znajdujące się jeszcze nisko, ale już mocne Słońce dodawało surrealistycznego uroku mieniącemu się wszystkimi odcieniami zieleni krajobrazowi.



Opuszczaliśmy Kazbegi ponownie jadąc Drogą Wojenną, z postojem na punkcie widokowym przy pomniku przyjaźni gruzińsko-rosyjskiej. Pomnik ten jest równie zaskakujący i dziwny jak owa przyjaźń ;-) Jednak nie będę wchodzić w szczegóły ani ilustrować tej tezy, pozostawiając miejsce wyobraźni ;-) Natomiast otaczające pomnik rajskie widoki stanowią „miód na serce” i „na oczy”.



Następny postój był przy nieco podupadłej Twierdzy Annanuri i kolejnym, jak zwykle szmaragdowym jeziorze.
Podążając dalej na południe (południowy wschód kraju) porzuciliśmy zielone wzgórza, zastępując je płowymi nizinami. Krajobraz za oknem busa stopniowo pustoszał i wyludniał się aż wjechaliśmy w pustkę, niczym w stepy akermańskie. Pośrodku tej nicości nagle wyrosła osada, zwana Udabno, parędziesiąt podupadłych, czasem niedokończonych sześciennych domków tak samo płowych, jak trawa, na której stały. Na drogach pomiędzy nimi zdecydowanie więcej zwierząt hodowlanych niż ludzi. Jedyny bardziej okazały i kolorowy budynek jest hostelem prowadzonym przez ... oczywiście Polaków. Oasis Club, bo tak się nazywa ów przybytek, stanowi nie tylko prawdziwą oazę w tej okolicy, ale też oprócz bazy noclegowej pełni funkcję lokalnego ośrodka kulturalno-artystycznego.



Ze względu na brak drzew i akwenów, powietrze jest suche a upały w tej części kraju są odczuwalne bardziej niż w pozostałych regionach. Do wieczora odpoczywaliśmy w hostelowym barze, dopiero przy nastrojowo zachodzącym słońcu można było skusić się na spacer po okolicy. Gdy już zrobiło się całkiem ciemno Kinga, właścicielka hostelu zorganizowała, specjalnie dla naszej ekipy Solistów, Festiwal Filmów Krótkometrażowych. Zobaczyliśmy m.in. stare, oskarowe "Tango", nowsze, ale jeszcze bardziej metaforyczne "Drżące trąby", stawiające pytania egzystencjalne "Gadające głowy" i kilka innych. Filmy były trochę śmieszne, trochę poważne, a wszystkie poruszające i refleksyjne. Festiwal-niespodzianka w "Kinie pod gwiazdami" pośród stepów stanowił ciekawą odmianę od poprzednich wieczorów.



Przy śniadaniu po raz kolejny doświadczyliśmy polskiej gościnności na obczyźnie, gdyż było wyjątkowo obfite, przepyszne i różniło się zarówno od rodzimych śniadań jak i tych które dotychczas spożywaliśmy w Gruzji. Przygotowało nas ono do kolejnego trekkingu. Pierwszym celem był David Geredża, ukryty w pagórku, skalno-kamienny, założony w VI w. kompleks monastyrów, z pięknym pejzażem mieniących się wielobarwnie stepów. Drugim naszym celem, osiągniętym po wdrapaniu się wyżej, był jeszcze bardziej przestrzenny krajobraz, z widokiem na Azerbejdżan.



Czas naglił, trip zbliżał się powoli, lecz nieuchronnie do końca, więc znowu udaliśmy się w dalszą podróż, do kolejnego regionu, słynnej z gruzińskich win Kacheti. Zielone, pagórkowate miasteczko Signaghi niesłusznie moim zdaniem aspiruje do miana wizytówki Gruzji, stylizując się na toskańskie klimaty i tym samym tracąc, przynajmniej miejscami iście gruzińskiego ducha, takiego jaki czuło się a przykład w Mestii, Uszguli czy w Kazbegi. Ogólnie Signaghi jest bardzo przyjemne, żeby pospacerować i posiedzieć w centrum, na placach lub w ogródkach lokali.



Jednak w tym mieście najprzyjemniej czuliśmy się u naszych gospodarzy, dzielących się na dwa domy. Jeden z nich prowadzony był znowu przez osiadłych w Gruzji Polaków, a drugi przez ich miejscowego przyjaciela. Oba ujmująco klimatyczne z gankami oraz zarośniętymi ogrodami. Z wnętrz niewątpliwie najbardziej urzekające były piwnice gospodarzy, a dokładniej ich zawartość, z pysznymi winami własnej roboty na czele. Wieczornym, obowiązkowym punktem pobytu w Signaghi była biesiada w jednym z tych domów, czyli w „Chleb i wino”, z toastami „do dna” pitymi z gruzińskiego rogu, z uginającym się od jedzenia stołem, a następnie uginającymi się od przejedzenia brzuchami ;-) Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy od stołu nie przeszli do śpiewów i tańców, i tak prawie do rana, kiedy to mieliśmy dużo czasu na odsypianie.




Ostatni dzień spędziliśmy trochę w jadąc busem, trochę na nogach, ponieważ ustaliliśmy, że chcemy jeszcze raz zajrzeć do Tibilisi, na ostatnie zakupy, ostatni spacer i ostatnią wspólną kolację.




Późnym wieczorem odjechaliśmy na lotnisko w Kutaisi, z zielonym spokojem i radością w sercach, że było nam dane się poznać i wspólnie odkrywać gruzińskie zakamarki, bez żalu i niedosytu, bo każdego dnia wykonaliśmy 110% wszystkiego i wszystko na 110 %, z przeświadczeniem, że nie jest to wcale koniec, tylko coś, co zmienia swoja lokalizację, ale w naszych sercach i umysłach trwa dalej :-)






Po powrocie najczęściej pytano mnie: czy doświadczyłam słynnej gruzińskiej gościnności? Hmmm, oto jest pytanie, nie twierdzę, że jest ona zjawiskiem ściśle mitycznym, ale... Na pewno gruzińskiej gościnności można bardziej zakosztować kiedy wcześniej załapało się na szkolny proces rusyfikacji, gdyż angielski nie jest tam zbyt popularny, a polski słabo zrozumiały, natomiast gruziński trudny do opanowania. Gruzini nie są skąpi, nie mają wiele, ale tym co posiadają częstują w ilościach ponad przerobowych, i prawdopodobnie głównie te gesty składają się na „gruzińską gościnność” a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że stanowią jej synonim. Być może akurat gruzińską gościnnością się nie zachłysnęłam, dlatego że w wielu innych krajach (arówno na północy Europy jak i na jej południu) doświadczyłam na ulicach większej otwartości, życzliwości, uważności na drugiego człowieka i pomocowości, Gruzini zaś są przyjaźnie nastawieni, ale niewylewni czy szczególnie radośni. Oczywiście kiedy ludzie przyjmują już obcokrajowców w swoich domach są mili, uprzejmi, bardzo starają się by wszystko było dobrze i podobało się, można odczuć folklor i poczuć się swojsko, nawet jak u siebie. Jednak tego samego nie można powiedzieć o miejscach publicznych, zwłaszcza tych zatłoczonych, takich jak mające dużo klientów restauracje, supermarkety, czy atrakcje turystyczne (np. Jaskinia Prometeusza), w których większość zwiedzających stanowią lokalni oraz Rosjanie, zwłaszcza po zachowaniu tych ostatnich widać, że zastosowanie savoir-vivre’u jeszcze na wschód nie dotarło. Dlatego jeśli chodzi o zwiedzanie lepiej wybierać otwarte przestrzenie, które można zwiedzać bez miejscowego przewodnika i dużej przypadkowej grupy. Gruzja zarówno w miastach jak i na wsiach i w górach pełna jest zakamarków, w które najlepiej zanurzać się w kameralnym gronie, nie naruszającym zbytnio dzikości tego kraju.




photo:BB,AG,NR.