Moje jagodowe Karkonosze, które bardziej zachwycają mnie zimą niż latem. Możliwe, że był to najmroźniejszy weekend tej zimy, prawdopodobnie tak, na pewno najdłuższy, bo świąteczny. W mieście smog, za dużo wi-fi i za mało śniegu. Noworoczny trekking brzmi jak obietnica relaksu.
Kierunek Karkonosze. Jeszcze nie mam świadomości co znaczy górskie wędrowanie zimą ale już wiem, że ubranie musi być ciepłe i nieprzemakalne.
Mój trzeci raz w Karkonoszach.
Mój pierwszy raz w górach zimą.
Mój pierwszy raz w górach z plecakiem ciężkim prawie jak ja sama.
Moje pierwsze noce w schroniskach górskich. Lepiej późno niż później.
Start. Piątek rano, jedziemy busem do Szklarskiej Poręby. Głosy z samochodowego radia straszą kiepskimi warunkami pogodowymi, trzecim stopniem zagrożenia lawinowego, zamkniętymi szlakami. Będzie, co ma być. Nie poddajemy się i słusznie. Mimo że Śnieżka należy do najbardziej wietrznych miejsc w Europie, na miejscu okazuje się, że odpowiednia pogoda tradycyjnie została zamówiona przez Solistów i zapewniła realizację zamierzonego planu.
Zaczynamy od zamrożonego Wodospadu Kamieńczyka by piąć się w górę ku Hali Szrenickiej.


Z bagażem na plecach jest gorąco, tylko kiedy się przystaje by odpocząć, dwucyfrowy mróz zaczyna być odczuwalny. Na szczęście droga nie była zbyt długa, ale wystarczająca jak na początek. W schronisku rozlokowujemy się. Odpoczywamy niezbyt długo, apetyt na trekking wzrasta w miarę wchodzenia, więc przed zmierzchem chcemy jeszcze wdrapać się na Szrenicę. Ruszamy na przód przeciw wiatrowi i grawitacji. U celu jest tak arktycznie, że ciężko zrobić zdjęcie, dłonie i sprzęty tracą czucie. Miła i ciepła chwila w schronisku przy herbatce i szybki powrót.




Okazuje się, że w schroniskach nawet zimą jest tłoczno, gwarnie, wesoło i żywiołowo. Udało nam się wygospodarować kilka stołów i połączyć je w jeden. Wieczór upłynął urodzinowo i integracyjnie, aczkolwiek okazało się, że solistowa drużyna jest mało liberalna, w porównaniu do drugiej sporej grupy nocującej w schronisku, wśród której byli amatorzy biegania nago po śniegu i po... schronisku. Mimo intensywnego dnia dobre humory nie opuszczają ludzi gór, choć wieczór, ze względu na wczesną pobudkę, kończy się dość wcześnie, ma intensywny przebieg. Gdy na koniec jedni ćwiczą zapinanie raków, inni tańczą do przebojów lat 80-tych.
Pobudka, jak to w górach, musi być wczesna. Pakujemy się, bo następnej nocy śpimy gdzie indziej i szykujemy się do długiej drogi. Przed wyjściem jemy w schronisku pożywne śniadanie. I wtedy doznaję olśnienia: już wiem "za co kocham Polskę"! Właśnie za te Polskie śniadania, za to że zamiast placków z dżemem, serwują nam chleb, wędliny, ser żółty, biały , jajecznicę, warzywa. Entuzjazm wzrósł mi jeszcze bardziej, kiedy wyszliśmy przed schronisko. Duży mróz nadal trzymał, ale za to widoczność była idealna :)





Nasz cel i nasze wyzwanie na sobotę - przejść 20 km do Domu Śląskiego, w którym spędzimy kolejną noc. Ambitnie - biorąc pod uwagę temperaturę oraz wysokość śnieżnych zasp. Piękno krajobrazów w bajkowych kolorach mobilizuje. Ostrożność i koncentracja muszą towarzyszyć krok w krok, również uważny umysł i otwarte serce, bo wsłuchiwać się trzeba i w siebie i w swoich towarzyszy drogi. Góry zimą są dla silnych nie tylko ciałem, ale i duchem, a może przede wszystkim dla tych...











Oszukiwanie zmysłów kiedy ból, mróz i jaskrawość śnieżnej bieli dają się we znaki. Byłoby gorzej gdyby nie wywalczone z moim lenistwem godziny ćwiczeń na salach fitnessowych. Na wszystko trzeba pracować sukcesywnie. Jednak góry są wdzięczne w konfrontacji i hojne, za włożony wysiłek i zużytą energię fizyczną dają siłę i moc, na cały kolejny tydzień siedzenia za biurkiem, a może i nawet na cały rozpoczęty rok.
Gdy na horyzoncie pojawił się Dom Śląski radość była dużo większa niż ta po przejściu tak samo długiej trasy w warunkach letnich. Niebo zasłało się chmurami, ale nam to nie przeszkadzało, bo do rana mieliśmy się regenerować. Schronisko pod Śnieżką do ciepłych nie należy, ale atmosfera panuje w nim bardzo gorąca, tym bardziej, że w świetlicy odbywało się kilka imprez jednocześnie, w tym wieczór panieński ... hmmm przeżycia z tamtego wieczoru wywarły na nas tak silne wrażenie, że leżąc później w łóżkach w czternastoosobowej sali, co chwile ktoś przywoływał je wywołując salwy śmiechu.
W niedzielny poranek o 6:30 byliśmy już na nogach, aby powitać wschód słońca na szczycie Śnieżki. Tempo mieliśmy tak dobre, że dotarliśmy do celu przed czasem. Pogoda była adekwatna do nazwy góry i słońce nie oślepiło nas swoim blaskiem. Jednak nie popsuło nam to humorów. Do Domu Śląskiego wróciliśmy dopiero po tym jak zrobiliśmy sesje zdjęciową i kilka zabaw drużynowych. Po śniadaniu schodząc do Karpacza zakończyliśmy nasze śnieżne wędrówki.




Cudze chwalicie, a swojego nie doceniacie.
Wspaniale, że nie zawsze trzeba jechać długo by przeżyć wielką przygodę, bo nie zawsze jest na to czas i pieniądze. Wystarczy po prostu porzucić na chwilę wszystko to, czym otaczamy się na co dzień, żeby żyć wygodnie, szybko i przy najmniejszym wysiłku. Piękno tkwi w przyrodzie i prostych gestach.
Cudownie, że są inne "dzikusy;)" - ludzie, którzy zamiast siedzieć w ciepłych kapciach przed telewizorem, jadą tam gdzie jeszcze zimniej i śnieżniej, by z dziką radością włóczyć się tam cały dzień z bagażem na plecach, którzy wiedzą, że życie jest gdzie indziej, którym chce się wyjść poza strefę własnego komfortu fizycznego i psychicznego.
To nie koniec przygody.
Sen o dzikości można śnić bez końca, również na jawie.
Dzikość nie jest jednym konkretnym miejscem na mapie, do którego można dotrzeć, osiągnąć cel, zakończyć podróż.
Dzikość jest sposobem bycia i życia. Mieszka w tych, którzy w tym coraz bardziej konsumpcyjnym świecie kolekcjonują momenty, a nie rzeczy.
„DZIKOŚĆ NIE JEST LUKSUSEM, ALE KONIECZNOŚCIĄ DLA LUDZKIEGO DUCHA.”
Edward Abey
Dreams into ... live wild
Kierunek Karkonosze. Jeszcze nie mam świadomości co znaczy górskie wędrowanie zimą ale już wiem, że ubranie musi być ciepłe i nieprzemakalne.
Mój trzeci raz w Karkonoszach.
Mój pierwszy raz w górach zimą.
Mój pierwszy raz w górach z plecakiem ciężkim prawie jak ja sama.
Moje pierwsze noce w schroniskach górskich. Lepiej późno niż później.
Start. Piątek rano, jedziemy busem do Szklarskiej Poręby. Głosy z samochodowego radia straszą kiepskimi warunkami pogodowymi, trzecim stopniem zagrożenia lawinowego, zamkniętymi szlakami. Będzie, co ma być. Nie poddajemy się i słusznie. Mimo że Śnieżka należy do najbardziej wietrznych miejsc w Europie, na miejscu okazuje się, że odpowiednia pogoda tradycyjnie została zamówiona przez Solistów i zapewniła realizację zamierzonego planu.
Zaczynamy od zamrożonego Wodospadu Kamieńczyka by piąć się w górę ku Hali Szrenickiej.


Z bagażem na plecach jest gorąco, tylko kiedy się przystaje by odpocząć, dwucyfrowy mróz zaczyna być odczuwalny. Na szczęście droga nie była zbyt długa, ale wystarczająca jak na początek. W schronisku rozlokowujemy się. Odpoczywamy niezbyt długo, apetyt na trekking wzrasta w miarę wchodzenia, więc przed zmierzchem chcemy jeszcze wdrapać się na Szrenicę. Ruszamy na przód przeciw wiatrowi i grawitacji. U celu jest tak arktycznie, że ciężko zrobić zdjęcie, dłonie i sprzęty tracą czucie. Miła i ciepła chwila w schronisku przy herbatce i szybki powrót.




Okazuje się, że w schroniskach nawet zimą jest tłoczno, gwarnie, wesoło i żywiołowo. Udało nam się wygospodarować kilka stołów i połączyć je w jeden. Wieczór upłynął urodzinowo i integracyjnie, aczkolwiek okazało się, że solistowa drużyna jest mało liberalna, w porównaniu do drugiej sporej grupy nocującej w schronisku, wśród której byli amatorzy biegania nago po śniegu i po... schronisku. Mimo intensywnego dnia dobre humory nie opuszczają ludzi gór, choć wieczór, ze względu na wczesną pobudkę, kończy się dość wcześnie, ma intensywny przebieg. Gdy na koniec jedni ćwiczą zapinanie raków, inni tańczą do przebojów lat 80-tych.
Pobudka, jak to w górach, musi być wczesna. Pakujemy się, bo następnej nocy śpimy gdzie indziej i szykujemy się do długiej drogi. Przed wyjściem jemy w schronisku pożywne śniadanie. I wtedy doznaję olśnienia: już wiem "za co kocham Polskę"! Właśnie za te Polskie śniadania, za to że zamiast placków z dżemem, serwują nam chleb, wędliny, ser żółty, biały , jajecznicę, warzywa. Entuzjazm wzrósł mi jeszcze bardziej, kiedy wyszliśmy przed schronisko. Duży mróz nadal trzymał, ale za to widoczność była idealna :)





Nasz cel i nasze wyzwanie na sobotę - przejść 20 km do Domu Śląskiego, w którym spędzimy kolejną noc. Ambitnie - biorąc pod uwagę temperaturę oraz wysokość śnieżnych zasp. Piękno krajobrazów w bajkowych kolorach mobilizuje. Ostrożność i koncentracja muszą towarzyszyć krok w krok, również uważny umysł i otwarte serce, bo wsłuchiwać się trzeba i w siebie i w swoich towarzyszy drogi. Góry zimą są dla silnych nie tylko ciałem, ale i duchem, a może przede wszystkim dla tych...











Oszukiwanie zmysłów kiedy ból, mróz i jaskrawość śnieżnej bieli dają się we znaki. Byłoby gorzej gdyby nie wywalczone z moim lenistwem godziny ćwiczeń na salach fitnessowych. Na wszystko trzeba pracować sukcesywnie. Jednak góry są wdzięczne w konfrontacji i hojne, za włożony wysiłek i zużytą energię fizyczną dają siłę i moc, na cały kolejny tydzień siedzenia za biurkiem, a może i nawet na cały rozpoczęty rok.
Gdy na horyzoncie pojawił się Dom Śląski radość była dużo większa niż ta po przejściu tak samo długiej trasy w warunkach letnich. Niebo zasłało się chmurami, ale nam to nie przeszkadzało, bo do rana mieliśmy się regenerować. Schronisko pod Śnieżką do ciepłych nie należy, ale atmosfera panuje w nim bardzo gorąca, tym bardziej, że w świetlicy odbywało się kilka imprez jednocześnie, w tym wieczór panieński ... hmmm przeżycia z tamtego wieczoru wywarły na nas tak silne wrażenie, że leżąc później w łóżkach w czternastoosobowej sali, co chwile ktoś przywoływał je wywołując salwy śmiechu.
W niedzielny poranek o 6:30 byliśmy już na nogach, aby powitać wschód słońca na szczycie Śnieżki. Tempo mieliśmy tak dobre, że dotarliśmy do celu przed czasem. Pogoda była adekwatna do nazwy góry i słońce nie oślepiło nas swoim blaskiem. Jednak nie popsuło nam to humorów. Do Domu Śląskiego wróciliśmy dopiero po tym jak zrobiliśmy sesje zdjęciową i kilka zabaw drużynowych. Po śniadaniu schodząc do Karpacza zakończyliśmy nasze śnieżne wędrówki.




Cudze chwalicie, a swojego nie doceniacie.
Wspaniale, że nie zawsze trzeba jechać długo by przeżyć wielką przygodę, bo nie zawsze jest na to czas i pieniądze. Wystarczy po prostu porzucić na chwilę wszystko to, czym otaczamy się na co dzień, żeby żyć wygodnie, szybko i przy najmniejszym wysiłku. Piękno tkwi w przyrodzie i prostych gestach.
Cudownie, że są inne "dzikusy;)" - ludzie, którzy zamiast siedzieć w ciepłych kapciach przed telewizorem, jadą tam gdzie jeszcze zimniej i śnieżniej, by z dziką radością włóczyć się tam cały dzień z bagażem na plecach, którzy wiedzą, że życie jest gdzie indziej, którym chce się wyjść poza strefę własnego komfortu fizycznego i psychicznego.
To nie koniec przygody.
Sen o dzikości można śnić bez końca, również na jawie.
Dzikość nie jest jednym konkretnym miejscem na mapie, do którego można dotrzeć, osiągnąć cel, zakończyć podróż.
Dzikość jest sposobem bycia i życia. Mieszka w tych, którzy w tym coraz bardziej konsumpcyjnym świecie kolekcjonują momenty, a nie rzeczy.
„DZIKOŚĆ NIE JEST LUKSUSEM, ALE KONIECZNOŚCIĄ DLA LUDZKIEGO DUCHA.”
Edward Abey
Dreams into ... live wild