Maroko Łowców Przygód

„Przygoda to nie jest coś co przychodzi z zewnątrz,
to jest nastawienie do życia.
Otwarcie się na niewygody, ryzyko, nieznane.
Przygoda jest w nas.”
Łukasz Milewski „Mikrowyprawy w wielkim mieście”


Wyprawa Solistów do Maroka to podróż kontrastów, niemalże skrajności – „gwoździe programu” są dwa: zdobycie Jebel Toubkal,najwyższego szczytu Afryki Północnej oraz nocleg na pustkowiu Sahary. W jeden tydzień można zobaczyć wielość marokańskich barw: od brązu i bieli zaśnieżonych monumentalnych gór poprzez czerwień kipiącego życiem ulicznym afrykańskiego miasta aż po złoto suchego, pozbawionego cienia bezkresnego ergu. W internecie zamieszczonych jest wiele relacji osób rozczarowanych wizytą w Maroku, zwłaszcza w Marrakeszu. Fakt, na pierwszy rzut oka miejscowa ludność przestrzega zasad swojej powściągliwej i surowej w naszym odczuciu kultury. Przez swą stanowczość oraz restrykcyjny a jednocześnie dziki tradycjonalizm wydaje się z początku mało przyjazna. Jednak ci ludzie doceniają i szanują przybyszów z innych lądów, dzięki którym mogą się utrzymać. Naturalne, skromne, proste warunki życia Berberów świetnie się nadają by odetchnąć i zdystansować od codzienności, jednak nie dla każdego.
Wszystkie osobliwe atrakcje Czarnego Lądu są przeznaczone dla miłośników przygód i przeciwników wygód, to gradka dla prawdziwych wojażerów, poszukiwaczy przygód i otwartych na niezwykłości kolekcjonerów wrażeń. Dla mnie właśnie one były magnesem wywołującym dreszczyk emocji jeszcze na długo przed wyprawą, skutecznie kuszącym, by w końcu poczuć się przez chwilę jak Nel z „W pustyni i w puszczy” oraz zobaczyć jak rozległy jest widok z wysokości czterech tysięcy metrów.
Kolejny walor tej wyprawy był dość przewrotny, ale jak dla mnie również stanowił zapowiedź prawdziwej przygody: program Solistowego Maroka w porównaniu do wielu innych tego typu ofert omija miejscowe plaże, uważane przez wielu za „must visit”. Jednak ten brak nie ujmuje wyprawie romantyzmu, bo czyż wspinaczka o świcie i podziwianie widoków z czterotysięcznika oraz noc pod rozgwieżdżonym niebem pustyni nie są co najmniej tak samo romantyczne? Ponadto dostarczają znacznie więcej emocji i satysfakcji.




Podczas każdej wyprawy plany nie mogą być nadrzędne w stosunku do okoliczności, a jasność umysłu i elastyczność organizatora są konieczne, by zrealizować zamiary w sposób optymalny i najbardziej zadowalający. Dlatego na lotnisku w Modlinie okazało się, że zgodnie z naszymi wewnętrznymi życzeniami program został zmieniony tak, aby wykorzystać aktualnie panujące na Toubkalu korzystne warunki pogodowe – wyprawa na Saharę została przesunięta na koniec pobytu w Maroku, a już następnego dnia po przylocie mieliśmy wyruszyć w Atlas. Wiadomość ta jeszcze bardziej podgrzała atmosferę oraz zwiększyła nasz zdobywczy apetyt. Czas podróży z międzylądowaniem w Brukseli wykorzystaliśmy na początki integracji i doszliśmy do wniosku, że lot bez odpowiedzialnego za wyprawę i grupę lidera ma zalety – przyśpiesza proces poznawania się i współpracy.

Do hostelu Kif Kif w Marrakeszu przybyliśmy wieczorem. Pstrokate wnętrze z galerią aż po dach, ozdobione mozaikami i sznurami żeliwnych lampek oznajmiało nam, że wszystko co europejskie pozostało daleko za nami.



Późnym wieczorem rozlokowaliśmy się w pokojach, po czym pokonując labirynt uliczek udaliśmy się na główny plac miasta, aby wymienić pieniądze i zaspokoić pierwszy afrykański głód. Gdy wkroczyliśmy na Dżamaa el-Fna określenie miejska dżungla nabrało tu nowego wymiaru. Bardzo zatłoczony i hałaśliwy plac przytłaczał, wręcz ogłuszał debiutujących na jego bruku nas. Szeregi kolorowych straganów tętniły życiem, a ich przedstawiciele usilnie nagabywali przeciskający się między kramami tłum, aby to właśnie z ich usług skorzystać. Pomiędzy okrzykami w brzmiącym agresywnie, niezrozumiałym języku przedzierały się różne dźwięki, muzyka, często zawodząca, grana na żywo lub odtwarzana z głośników. Otoczeni też byliśmy mnóstwem nowych doznań wzrokowych, mężczyźni eksponowali małpy i węże, a tajemnicze kobiety malowały tatuaże z henny. Asortyment marokańskich stoisk gastronomicznych jest podobny: potrawy z duszonych warzyw, kuskus, grillowane mięso, ryby i owoce morza, a do picia marokańska herbatka ze świeżą miętą. Radość pracowników, których stragan wybraliśmy na miejsce naszej kolacji była tak wielka, że zaczęli śpiewać i tańczyć, trochę gorzej szło im natomiast z przyjęciem zamówienia. Posiłek przerodził się w pierwszą marokańską biesiadę. Mimo późnej pory gwar na placu nie ustawał, ale na nas był już czas, gdyż wraz ze świtem mieliśmy opuścić miasto, by udać się na naszą górską przygodę.




Następnego dnia obudziliśmy się niemalże równo z pierwszym Adhanem, czyli transowym nawoływaniem na muzułmańską modlitwę. Po śniadaniu, które już przez tydzień wyglądało prawie identycznie, wyruszyliśmy busem w kierunku Imlil. Ta mała,położona w Atlasie na wysokości 1740 m.n.p.m. wioska stanowi bazę wypadową dla większości turystów wybierających się na Jebel Toubkal, najwyższy szczyt Afryki Północnej. W Imlil spędziliśmy chwilę na sprawach organizacyjnych takich jak wypożyczenie raków, kijków trekkingowych oraz wynajęcie mułów na drogę powrotną ze szczytu.




W dalszą podróż udaliśmy się pieszo. Przystając co chwilę, by na wąskiej ścieżce minąć się z obładowanymi mułami podziwialiśmy malownicze krajobrazy, których wersja 3D w pełnym słońcu robi o wiele większe wrażenie niż fotografie tych brunatnych, skalistych gór. W przepięknym miejscu, mniej więcej w połowie trasy zatrzymaliśmy się na lunch, który spożyliśmy na powietrzu u stóp górskiej rzeki płynącej pomiędzy tworzącymi wąwóz wzniesieniami. Było to jedno z najpiękniejszych miejsc w jakich zdarzyło mi się do tej pory jeść posiłek.



Niestety po zjedzeniu obiadu musieliśmy zakończyć nasz błogi odpoczynek, ponieważ od schroniska dzielił nas jeszcze dość długi kawałek drogi, na szczęście tego dnia niezbyt stromej. Na wysokości około 3000 metrów zaczęła się krótka wędrówka po śniegu.



Gdy dotarliśmy do schroniska, rozgrzewaliśmy się przy kominku popijając ciepłą Berber whisky. Od 1956 roku, kiedy Francja zakończyła swój protektorat nad Marokiem, Marokańczycy 18 listopada obchodzą swoje święto niepodległości, dlatego schronisko było wypełnione turystami, głównie miejscowymi. Mimo tego udało nam się dostać szesnastoosobową salę w sam raz dla całej naszej grupy. Jednak o pidżama party nie mogło być mowy, po kolacji padliśmy na łóżka jak kłody.
Wczesne pójście spać i zasłużona regeneracja, wczesna pobudka i szybkie śniadanie. Zainstalowanie ekwipunku oczywiście bez pomocy fachowca się nie obyło. „Uzbrojeni” w czołówki, kijki i raki wyruszyliśmy ze schroniska. Widok wspinających się turystów tworzących w ciemności świetlny łańcuch okalających górę punkcików wyglądał po prostu baśniowo. Tempo naszej wędrówki było dość powolne, z licznymi postojami, słońce szybko nas dogoniło i towarzyszyło aż do końca drogi powrotnej.



Kiedy dotarliśmy na nasze wymarzone 4167 metrów, pod charakterystyczną trójkątną konstrukcją było już sporo ludzi. Obfotografowaliśmy siebie na tle zapierających dech w piersiach widoków na wszystkie cztery strony świata oraz wznieśliśmy polski toast. Z żalem, że nie można dłużej pobiwakować na szczycie, rozpoczęliśmy drogę powrotną do schroniska.




Jednak pożegnanie z Toubkalem nie oznaczało końca naszych wrażeń. W schronisku zjedliśmy ciepły i pożywny posiłek, po którym dalszą podróż kontynuowaliśmy na mułach. Ponieważ nikt się nie rwał do dosiadania pierwszego zwierzęcia, zgłosiłam się na ochotnika i tak stałam się początkiem korowodu przesuwającego się wzdłuż urwisk po kamienistej ścieżce. Opiekunowie mułów twierdzili, że spóźniliśmy się i są głodni, więc często poganiali muły. Opiekun mojego transportu był równie narwany, co jego podopieczny, tajny muł wyścigowy, który już po paru minutach pozostawił resztę karawany daleko w tyle. Przejażdżka należała nie tylko do intensywnych, ale też długich, więc po drodze mogliśmy się jeszcze rozkoszować naturalnym pięknem Atlasu. Do Imlil dotarliśmy gdy ściemniało się, a następnie busem powróciliśmy do naszego hostelu w Marrakeszu.




Kolejny dzień upłynął nam na regeneracji i zwiedzaniu miasta. Odkrywaliśmy Marrakesz i rozsmakowywaliśmy się nim w przenośni i dosłownie, ponieważ wiele wystawionych na ulicach pamiątek to aromatyczne przyprawy i pachnidła. Dodając do tego wielość barw i oryginalność dźwięków wychodzi z tego uczta dla zmysłów, które nie wiadomo na czym skupić i w którą stronę kierować.



Równie przyjemnie dla zmysłów celebruje się posiłki w marokańskich restauracjach i kawiarniach. Każdy lunch czy kolacja stanowi rytuał zaczynający się od podania pieczywa z przystawkami, następnie na stół wchodzą dania główne, całość wieńczy rytuał podawania lokalnej herbatki berber whisky popisowo nalewanej. Częścią tego rytuału jest również wszechobecne w Maroku targowanie się i tak nasza liderka za każdym razem wynegocjowała dla nas gratisowy napój lub minus 10% od ceny dania głównego. Wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce albo innym europejskim kraju? :) Takie różne odmienności i niezwykłości w Maroku, kiedy zderzają się dwie kultury, dwie cywilizacje można napotkać niemalże na każdym kroku.



Czwartego dnia pobytu w Afryce znowu zbudziliśmy się wcześnie, aby wyruszyć na trzydniową wyprawę tzw. szlakiem dawnych karawan. Pierwszą atrakcję tego etapu podróży stanowił przejazd przez położoną na wysokości 2260 metrów przełęcz Tizi’n'Tichka. Tam zatrzymaliśmy się, by podziwiać górskie krajobrazy, znajdujące się tym razem na wschód od Marrakeszu.



Następny postój miał miejsce już na równinie, przy małej miejscowości zbudowanej na podobieństwo twierdzy warownej. Te fortyfikacje wpisane są na listę UNESCO a samo Ait Bin Haddou bardzo często służy hollywoodzkim filmowcom za plan zdjęciowy. „Grało” między innymi w: „Gladiatorze”, „Mumii”, „Aleksandrze”, „Grze o tron”. Wspinaliśmy się krętymi uliczkami wraz z miejscowym przewodnikiem, który chwalił się, że w niejednej produkcji statystował. Na wierzchołku fortyfikacji podziwialiśmy słynne na cały świat miasteczko, które teraz było uśpione.




Do wąwozu Dades zdążyliśmy dotrzeć przed zachodem słońca, które obniżając się tworzyło na formach skalnych efektowną grę świateł. Dolina Dades, wyżłobiona przez wody, mierzącej ponad 200 km, rzeki Dades zwana jest też Doliną Róż oraz Doliną tysiąca kazb.



Na nocleg wjechaliśmy w głąb wąwozu do hotelu wzorowanego z zewnątrz na kazbę, natomiast od środka wyglądającego jak zminiaturyzowana afrykańska wersja średniowiecznych zamków. Ponieważ słońce nie dociera do tej budowli, jest w niej zimno, więc do nocy gawędziliśmy ogrzewając się przy piecykach oraz kominkowym ogniu oraz marokańskimi specjałami bardziej i mniej oficjalnymi.



O poranku udaliśmy się do Todry, drugiego z najsłynniejszych wąwozów Maroka. Ten wspinaczkowy raj tworzą trzystumetrowe jednolicie jasne ściany skalne. Patrząc na nie trudno sobie wyobrazić, że można się po nich wspinać.



Podczas dalszej podróży busem widok robił się coraz bardziej ubogi, zbliżaliśmy się do terenów pustynnych. Do Merzougi dotarliśmy dość szybko. Jest to mała wioska na południowym wschodzie kraju, z której turyści zaczynają swoją podróż na pustynię, a dokładnie na część Sahary zwaną Erg Szabbi. Te długie na 50 km i szerokie na 5 km pasma piaskowych wydmy uznawane są za najpiękniejsze w całym Maroko, a ich wysokość dochodzi nawet do 350 m. Czekając na wielbłądy gospodarz częstował nas Berber whisky i wiązał w sposób berberski chusty na naszych głowach. Gdy przybyłe dwa sznury dromaderów, wyglądaliśmy już jak prawdziwi „Ludzie Pustyni”, na szczęście, ponieważ wiał silny wiatr.




Zwierzęta były powiązane sznurkiem jeden za drugim i spokojniejsze niż muły w Wysokim Atlasie. Niosły nas w górę i w dół wydm, a czasami wzdłuż ich wierzchołków. Droga do obozowiska była dość długa, a pustynny krajobraz tak bardzo hipnotyzująco monotonny, że sami na pewno byśmy nie trafili. Ukryty pośród ruchomych piasków obóz składał się z jednego wielkiego namiotu, który w środku wydawał się jeszcze większy niż na zewnątrz. Po bokach głównej „sali” za ściankami z kolorowych materiałów ukryte były liczne sypialnie oraz kuchnia. Zostawiliśmy bagaże i póki słońce całkiem nie zaszło, udaliśmy się na pobliskie wydmy, gdzie część osób z naszej ekipy zjeżdżała z górki na deskach snowboardowych.



Tymczasem w namiocie Berberzy przygotowali nam kolację, która niczym się nie różniła od tych serwowanych w marokańskich restauracjach. Po posiłku gospodarze wzięli nas na spacer w ciemnościach. Saharę uznaje się za miejsce, gdzie nocne niebo jest najbardziej przejrzyste, a gwiazdy, a nawet drogi mleczne najlepiej widoczne i wydają się być wyjątkowo blisko Ziemi. Nadal wiał silny wiatr, ale mimo to przez chwilę poczułam się jakbym była na Księżycu, tym bardziej, że nie znajdował się on pośród miliarda ciał astralnych święcących nad nami. Po powrocie grzaliśmy się przy ognisku. Ludzie pustyni okazali się otwarci i zaciekawieni nami. Rozmawiali, grali i śpiewali, na ich prośbę również i my zaśpiewaliśmy kilka polskich piosenek oraz włoskie, gdyż nasza grupa była międzynarodowa. Berberzy są chyba najbardziej intrygującą grupą etniczną, jaką napotkałam podczas swoich dotychczasowych podróży. W tych ludziach prowadzących z wyboru tak naturalne, proste, wręcz ascetyczne życie tkwi wielka magia i mądrość, jakaś tajemnica ukryta przed nami, przybyszami z „cywilizacji zachodu”. Mają oni w sobie, tak samo jak pustynia, surowość i spokój jednocześnie. Żyją w miejscu, gdzie nie ma prawie nic i prawie nic nie posiadają, więc wszystko muszą mieć w sobie.



Ognisko przygasało, ani śpiewy, ani nabyty w Marrakeszu lokalny „rozgrzewacz” nie zwyciężyły z wiatrem, więc resztę wieczoru spędziliśmy w namiocie racząc się typowo polskim trunkiem. Około piątej rano ponownie władowaliśmy się na wielbłądy, aby wschód słońca zastał nas mniej więcej w połowie drogi. W bazie w Merzouga nieco odświeżyliśmy się i zjedliśmy śniadanie. Cały dzień spędziliśmy na drodze powrotnej – pokonując tą samą trasę, którą poprzez poprzednie dwa dni, więc mogliśmy odespać wczesną pobudkę. Kiedy ponownie przejeżdżaliśmy przez przełęcz górską spotkała nas niespodzianka: rozpętała się zawieja śnieżna i zobaczyliśmy śnieg w Afryce! :) Jeszcze bardziej zaskakujące było to, że zima nie zaskoczyła marokańskich kierowców, na drogi wyjechały pługi śnieżne. Wieczór spędziliśmy w hostelu, relaksując się i integrując, ponieważ tym razem jego pracownicy przygotowali dla nas kolację (planowaną na ostatni wieczór kolacja pożegnalna, ale coś im się poprzestawiało;). Przyjemną niespodzianką był krótki recital pary Marokańczyków (prawdopodobnie również gości hostelowych lub ich znajomych), którzy pięknie śpiewali i grali na lokalnych instrumentach. Integracja przebiegała do późnych godzin nocnych.
Ostatni, siódmy dzień spędziliśmy na szwendaniu się po Marrakeszu, który tym razem wydawał się już bardziej oswojony. Zaczęliśmy od mocnych wrażeń dla naszych zmysłów, zwłaszcza dla powonienia, czyli od wizyty w garbarni skór, miejscu mało estetycznym, ale stanowiącym ważny filar marokańskiego handlu, gdyż wyroby ze skór – buty, torby, odzież sprzedaje się w sklepach i na bardzo wielu straganach. W garbarni liczni pracownicy poddają surowiec wieloetapowemu cyklowi obróbki prowadzącemu do zabezpieczenia skóry przed procesami gnilnymi. Panowie stojący prawie po pas w niekiedy obrzydliwych roztworach wodnych wzbudzali współczucie.




Nasze nastroje poprawiły się po opuszczeniu garbarni, zagłębiliśmy się w suk, czyli miejscowy bazar. Bardzo dużo sprzedaje się tam różnego rodzaju rękodzieła, nie tylko skórzanego. Fakt, że wszystkie towary albo nie posiadały ceny wyjściowej albo miały bardzo wysoką, a brak targowania sprzedawcy uznawali niemalże za obrazę, zniechęcił mnie do nabywania pamiątek i poprzestałam tylko na oglądaniu i spacerowaniu.



O godzinie siedemnastej wraz z kilkoma osobami udaliśmy się na taras widokowy jednej z kawiarni na placu Dżamaa el-Fna, aby zobaczyć zachód słońca. Zgodnie z zapowiedziami był to bardzo trafiony pomysł. Światło nadawało miejskiemu krajobrazowi romantyczności. Natarczywość i chaos oglądanego z wysokiej perspektywy placu zanikały, odsłaniając jego łagodniejsze i przyjemniejsze w odbiorze oblicze.



Kiedy część grupy udała się do hammamu, czyli miejskiej łaźni, w której korzysta się również z saun, masaży i innych zabiegów pielęgnacyjno-relaksujących, ja z koleżanką jeszcze raz spacerowałyśmy ulicami Marrakeszu, które tego wieczoru zrobiły się jeszcze bardziej tłoczne i ku naszemu zaskoczeniu po raz pierwszy zobaczyłyśmy sporo lokalnych kobiet. Może było to spowodowane tym, że następnego dnia w piątek przypada cotygodniowe święto i kobiety musiały wyjść z domu, aby zrobić większe zakupy...



Wieczorem, już wszyscy razem, udaliśmy się, do położonego blisko hostelu sklepu Dal Al Atrya, maison des epices, czyli domu przypraw, przybytku rozprowadzającego lokalne naturalne specyfiki zielarsko-kosmetyczne. Bardzo sympatyczny sprzedawca cierpliwie i ciekawie opowiadał nam o właściwościach olejków, suszy, pachnideł, które dawał nam też do wcierania i wąchania. Wyszedł z tego niezły pokaz, zakończony dla sprzedawcy sukcesem, ponieważ wyszliśmy stamtąd z torbami.



Ponieważ wizyta w sklepie trochę się przeciągnęła, ledwie zdążyliśmy do upatrzonej knajpki na ostatnią kolację. Ostatnie toasty wznieśliśmy już w hostelu, wypalając też po raz ostatni marokańską fajką pokoju - sziszę. Wczesnym rankiem odjechaliśmy na lotnisko i powróciliśmy do pochmurnej, jeszcze nie grudniowej, ale już świątecznej Polski.

Po tygodniowym pobycie w Afryce, nie dołączyłam do osób rozczarowanych Marokiem. Przeciwnie, uległam magii orientalnego królestwa kontrastów, mimo że kraje o restrykcyjnej i powściągliwej mentalności nigdy nie były dla mnie oczywistym kierunkiem urlopowym. Rodzinna atmosfera, świetni towarzysze podróży sprawdzający się w zróżnicowanych i intensywnych przygodach, a także sympatyczni mieszkańcy czarnego lądu sprawili, że zaczęłam tęsknić za krainą Berberów jeszcze zanim ją opuściłam. A mój apetyt na przygody? Zamiast zaspokojony został podsycony.