W Italii jest wszystko co kocham

Uległość wobec uroku niekwestionowanej królowej krajów śródziemnomorskich jest w naszym kraju niemal powszechna. Ciężko mi znaleźć w pamięci osobę, która po powrocie z włoskich wojaży nie wróciłaby zachwycona odwiedzonym miejscem i jego rozśpiewanymi mieszkańcami, albo chociaż różnymi elementami tamtej rzeczywistości. Co więcej włoskie klimaty wzbudzają dużą sympatię nawet wśród tych, którzy nigdy tam jeszcze nie byli i nie doświadczyli ich na własnej skórze.

Opowiem Wam historię pewnej miłości.
Opowiem o krainie, którą Polacy nazywają Włochami, co zawsze mnie irytowało i intrygowało jednocześnie, i tak już chyba pozostanie. Z drugiej jednak strony można by uznać, że to właśnie moja ojczyzna już przed latami nas powiązała, umieszczając nas dwie w polskim hymnie narodowym: „marsz, marsz dąbrowski z ziemi włoskiej do polski”, „już tam ojciec do swej Basi mówi zapłakany...” Ewidentnie, zanim jeszcze się spotkałyśmy, miałyśmy się już ku sobie.
Nasz pierwszy raz miał miejsce niemalże ćwierć wieku temu. Zawdzięczamy go mojej mamie, która jednych wakacji stwierdziła, że zaszaleje i zabierze nas tym razem gdzieś indziej, gdzieś dalej niż nad Bałtyk. Wybór padł na owładnięty wtedy szaleństwem tańczenia Macareny Adriatyk.
Unia Europejska wtedy raczkowała, nie było też czegoś takiego jak Erazmusy i Sokratesy, ani tanie loty, więc taka podróż stanowiła w tamtych czasach wyprawę w wielki świat również dla osób dorosłych.
I chociaż organizatorzy nie popisali się i przydzielony nam na campingu namiot zastępczy przeciekał, z rollercoastera w Mirabilandii, największym włoskim parku rozrywki, podobno zeszłam zielona, a zwiedzanie Ravenny i San Marino uniemożliwiły ulewy jakich Włosi od 30 lat nie widzieli, Italia na zawsze zawładnęła moim sercem absolutnie i totalnie.
Szczęście się mnoży kiedy się je dzieli, więc ta moja bezgraniczna i bezwarunkowa miłość urodziła wdzięczność, z którą niejednokrotnie znajomi dziękowali mi, po powrocie ze swoich włoskich wakacji. Twierdzili, że to właśnie dzięki mnie i mojemu italijskiemu afektowi wybrali właśnie tę lokalizację i spędzili tam cudowny czas.



Gdy ją opuszczam, nie jestem smutna, ponieważ czuję i wiem, że jeszcze się spotkamy. A nawet będąc daleko nasze drogi wciąż się przecinają, wywołując równie silne emocje. Słoneczna ziemia włoska zawsze była niezwykle urodzajna, nie tylko dla pięknych krajobrazów, również dla filozofów i wszelkiego rodzaju artystów, którzy wzbudzają we mnie podziw i fascynację. Jednoczesna kochanka ciała i duszy. Piastunka szampańskiej zabawy przez cały dzień i imprez do białego rana. Matka najsłynniejszych mafii, na terytorium której przyszło się nam pewnego razu zgubić. Rekordzistka jeśli chodzi o ilość spłodzonych dzieł sztuki i zabytków, i oczywiście kucharka, której wyższość uznają wszystkie kuchnie świata. Muza wszystkich muz.

Jak się ma dziś? W czasach upadku Europy, której przez wieki stanowiła symbol potęgi. Kiedy odwiedziłam ją rok temu, stolica stała się warowną twierdzą naszpikowaną służbami mundurowymi. Widok ten nie dawał zapomnieć o powadze sytuacji w obliczu potencjalnego aktu terroryzmu, o konieczności zachowania niebywałej ostrożności i podjęcia szczególnych środków bezpieczeństwa. Tonował zarówno zabawowe, karnawałowe nastroje przybyłych jak i beztroskie, wesołe usposobienie miejscowych. Zmianę dawało się odczuć również w kontakcie i obserwacji włoskiej populacji. Rzymianie nie byli już tak głośni i żartujący jak podczas moich poprzednich odwiedzin, nadal byli uroczo, ujmująco serdeczni, kulturalni i otwarci, jednak wyraźnie coś w nich przygasło. I spacerując po Zatybrzu, Koloseum oraz innych italiańskich drogach chciałoby się spytać Quo vadis Europo? Quo vadis Italio? Quo vadis Romo? Quo vadis Polsko? ... tylko nie chciałoby się usłyszeć odpowiedzi.

Włoski reporter i podróżnik, Tiziano Terzani, napisął tak: "Świat w którym człowiek budzi się rano, składa się z gór, ze spienionych fal rozbijających się o skały, z porosłych zieloną trawą łąk, z nawołujących się okrzykami ptaków oraz zwierząt i z wielu, wielu ludzi z ich różnymi losami. A co robią biedni uczeni w obliczu tego wszystkiego? Mierzą, ważą, odkrywają prawa, analizują różne aspekty, poprzez które objawia się świat, objaśniając każdy z nich, aby na koniec nic nie wytłumaczyć. W każdym razie biorą pod uwagę tylko to, co oczywiste, proste, co jest postrzegane zmysłami. Nie mogą zająć się emocjami, uczuciami, tym, co niepostrzeżenie zmienia życie każdego z nas z osobna, jak miłość, albo tym co zmienia świat wszystkich, jak zachłanność." [Tiziano Terzani, "Nic nie dzieje się przypadkiem",s.106, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015]

Co bym poradziła podróżującym do mojego skrawka raju na ziemi?
Myślę, że zwiedzenie najbardziej znanych i znaczących atrakcji jest jak najbardziej ważne, ale nie zastąpi ono:
~ dolce vita, przesiadywania w kawiarniach i restauracjach bez liczenia kalorii oraz ... wydawanych na nie Euro, biesiadowania i rozsmakowywania się w jedzeniu, w towarzystwie, w otoczeniu, w atmosferze, po prostu w danej chwili, ani dolce farniente (słodkie nic nierobienie) zwolnienia tempa, rezygnacji z odhaczania planu na rzecz spontaniczności i lenistwa, by z iście włoska nonszalancją i beztroską podziwiać Wielkie Piękno i cytować Fausta: trwaj chwilo, jesteś piękna!
~ zagubienia się, zejścia z wytyczonych szlaków, wejścia w uliczki, gdzie można podpatrzeć życie miejscowych, przypadkowego zbłądzenia do czyjegoś ogrodu lub podwórka, w zakątki tętniące życiem oraz te w cichości, których słychać szum zboża oraz trzepot skrzydeł ptaka, a wszystkie tak piękne, że trudno uwierzyć, iż są realne,
~ odkrywania dzikich plaż oraz podziwiania wschodów (tak, wschodów, na które trzeba wcześnie wstać) i zachodów słońca
~ tańczenia z miejscowymi, najlepiej pod gołym niebem,
~ jeżdżenia kilka razy dookoła ronda, na którym jak w powiedzeniu: wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, każdy z kilku zjazdów ma drogowskaz z napisem „Roma”.
A wszystko po to by odkryć prawdziwą i autentyczną Italię, by stworzyć własny spisany swoim subiektywnym, indywidualnym i niepowtarzalnym doświadczeniem przewodnik po słodkim włoskim życiu.